Assassin’s Creed: Origins – recenzja

Assassin’s Creed: Origins – recenzja

Od premiery Assassin’s Creed Origins minął już prawie miesiąc, dlatego czas najwyższy wypowiedzieć się na temat najnowszej odsłony 10 letniej serii Ubisoftu. Dlaczego dopiero teraz się za to zabrałem? Odpowiedź jest prosta – to chyba pierwszy od wielu lat asasyn, który pochłonął mnie już od pierwszych minut rozgrywki. Jednak czy mamy do czynienia z najlepszą częścią przygód skrytobójcy? Tego dowiecie się poniżej! 

Zacznijmy może od tego, że recenzja ta będzie nieco stronnicza i mocno optymistyczna. Jest to spowodowane faktem, iż jestem ogromnym fanem serii Assassin’s Creed. Pierwsze części gry przechodziłem jeszcze jako dziecko, dlatego patrzę na dokonania Ubisoftu z pewnym sentymentem. Nie zdziwi więc nikogo, że w dniu premiery niemal poleciałem do najbliższego sklepu „Cześków” (wiecie, tych panów w żółtych koszulach, którzy zanim podadzą Wam grę, najpierw wydrukują specjalne potwierdzenie wydania towaru) i zaopatrzyłem się w fizyczny egzemplarz nowego asasyna. Ku memu zdziwieniu, pudełka nie znalazłem na półkach. Ba, nawet jednej reklamy w formie bannera czy plakatu nie spotkałem w rzeczonym przybytku. Lekko zdenerwowany złapałem miłego Cześka i niczym narkoman na głodzie zapytałem: „yall got any more of them asassins?”. Ekspedient wydawał się nieco zmieszany, podszedł do kasy i wyciągnął spod niej moją ukochaną produkcję niczym kioskarz z PRLu, wyciągający wędliniarskie frykasy. Tak właśnie rozpoczęła się moja przecudowna przygoda z Assassin’s Creed: Origins. 

Miłą niespodzianką było znalezienie w pudełku czegoś więcej niż papierka z kluczem Uplay. Jakże rzadko w naszych czasach widzi się na żywo 5 INSTALACYJNYCH PŁYT DVD! Niestety zrządzeniem losu nie ułatwiłem sobie życia, gdyż w pececie brak mi napędu. Przyznam się uczciwie – składając zestaw zupełnie o nim zapomniałem, a często i tak go nie używam. Wracając do tematu, aktywowałem klucz i okazało się, że do pobrania mam kilkadziesiąt gigabajtów. No nic, trochę sobie poczekałem. Później jeszcze malutki day one patch (zaledwie 1GB) i wreszcie mogłem wyruszyć do starożytnego Egiptu. 

Ubisoft tworząc kolejną odsłonę, zrobił sobie dodatkowy rok przerwy – rok, podczas którego pierwszy raz od 10 lat nie mogliśmy zagrać w nowego asasyna. Ja zrobiłem sobie nieco więcej odpoczynku, by pozbyć się niesmaku, który zostawiło po sobie Unity. Po nim nawet nie udawałem, że chcę grać w Syndicate. Dlatego właśnie miałem nieco świeższe spojrzenie na ciągniętą niczym Moda na Sukces historię bractwa i wrogiego im zakonu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że devowie wreszcie zrozumieli wszystkie błędy, jakie wcześniej popełniali i dostaliśmy pierwszą, kompletną odsłonę, w którą chce się grać non-stop! 

Jak już pewnie wiecie z innych recenzji, Assassin’s Creed Origins niemal na każdym kroku porównywane jest w polskich mediach do Wiedźmina 3. Ja będę temu daleki, gdyż uważam, że są to dwie kompletnie różne gry. Można tylko rozmyślać, czy naprawdę taki gigant jak Ubi musiałby podkradać Polakom rozwiązania i pomysły, by stworzyć coś tak niesamowitego. Prawdopodobnie design świata podsyca takie plotki – w Origins mamy do czynienia z w pełni otwartym światem, ociekającym dodatkowymi aktywnościami, który aż krzyczy do gracza: ZEJDŹ NA CHWILĘ ZE ŚCIEŻKI! Powiem więcej, misje główne przynosiły mi nieco mniej frajdy niż rozbudowane zadania poboczne. Przynajmniej na początku, gdyż po kilkudziesięciu godzinach gry można zauważyć pewną schematyczność. Od razu uspokajam – nie jest to taka schematyczność jak w Black Flagu (znajdź cel, śledź cel, podsłuchaj cel, zabij cel). 

Zacząłem tak troszkę od d…rugiej strony, zamiast opowiedzieć Wam o samej fabule gry. Assassin’s Creed Origins to historia Bayeka – medżaja z Siwy, który starł się bezpośrednio z zalążkiem zakonu, znanego nam z późniejszych odsłon. Nie mam zamiaru wgryzać się tu w szczegóły, gdyż w trakcie zabawy nie raz doświadczymy spektakularnego plot twistu. Opowiem za to o samym settingu, gdyż ten wcale nie jest taki oczywisty. Każdemu Egipt kojarzy się z czasem zabobonów, faraonów i niewolniczej pracy Egipcjan. Tu Ubisoft zaprezentował coś zupełnie innego, bowiem postawiono na czasy tzw. Nowego Królestwa. Dokładniej rzecz biorąc, produkcja przedstawia dzieje ostatniego władcy rodu Ptolemeuszy (Ptolemeusza I Sotera, który po śmierci Aleksandra Wielkiego przejął władzę w Egipcie). 

Nasz bohater – Bayek, tak jak wspomniałem jest medżajem. Otóż z tym pojęciem wiąże się całkiem rozbudowana historia. Początkowo medżajami nazywano najemników zatrudnianych przez Egipt, pochodzących z rejonów obecnego Sudanu. Ludzie ci na stałe osiedlili się w królestwie i powoli ich zawód ulegał zmianom, by w końcu stał się odpowiednikiem współczesnej policji. Krótko mówiąc – medżajowie byli swego rodzaju elitarnymi jednostkami specjalnymi, strzegącymi interesów faraona oraz zwykłego ludu. Jak widzicie, po raz pierwszy nie będziemy poznawać historii włoskiego randomka z bogatej rodziny, lecz losy człowieka dbającego o dobro innych. Zabieg ten otworzył drzwi devom, do zupełnie nowych typów zadań i narracji, wprowadzających sporo świeżości do leciwej serii. Co mam tu na myśli? Przede wszystkim misje, podczas których Bayek będzie pomagał mieszkańcom Egiptu w ich zwykłych, przyziemnych sprawach. Czasem ludzie poproszą nas o odnalezienie ich bliskich, a czasem o wyeliminowanie zagrożeń związanych z życiem tuż przy korycie Nilu. Co za tym idzie, wreszcie czujemy się członkiem jakiejś większej społeczności, a nie oderwanym od realiów rzeczywistości bezlitosnym zabójcą.  

Kiedyś ludzie w AC byli nam potrzebni jedynie to ukrywania się wśród nich, teraz widzimy jak zachowują się w sytuacjach codziennych – chłop zbiera plony, garbarz oprawia skóry, a kapłani balsamują ciała zmarłych. Świat Assassin’s Creed Origins po prostu tętni życiem! Jest to naprawdę miła odmiana, która bez dwóch zdań mocno wpływa na immersję. Dodatkowym plusem jest też cykl dnia i nocy, który jeszcze bardziej rozwija wspomniane elementy. Każdy mieszkaniec Egiptu ma swoją dzienną rutynę – budzi się rano, idzie do pracy, a wieczorem wraca do domu by odpocząć. Wszystko wydaje się takie prawdziwe, niemal namacalne.  

Cykl dnia i nocy nie tylko wpływa na zachowanie NPC, ale i na sposób rozgrywania niektórych misji. Po pierwsze, po ciemku przeciwnikom jest nieco ciężej wykryć skradającego się Bayeka. Dlatego właśnie lepiej czasem wykorzystać umiejętność spoczynku, by przyspieszyć czas i wybrać się na misję dopiero w nocy. Po drugie, system zadań już sam w sobie został przystosowany do wspomnianych zmian. Oznacza to, że niektóre zadania będziemy musieli wykonywać w określonych porach dnia. Ubi rozwiązało to w ten sposób – niektórzy NPC za dnia pracują, a dopiero później mogą porozmawiać z Bayekiem. Oprócz tego, zależnie od rutyn niektórych przeciwników, czasem łatwiej nam będzie poczekać aż np. dany kapitan wyjedzie z obozu naszpikowanego wrogami na wieczorny patrol. Wtedy tylko znajdujemy sobie kryjówkę i wyskakujemy w dogodnym momencie, zabijając tylko jednego człowieka, nie narażając się na otwartą walkę z całym garnizonem. 

Zacząłem już nieco opowiadać o dowolności jaką daje nam nowy Assassin’s Creed w trakcie wykonywania zadań, więc pociągnę ten wątek dalej. Pamiętacie jak w poprzednich częściach gra kazała nam się skradać, a jeśli tylko zostaliśmy wykryci na ekranie pojawiał się nieubłagany napis: DESYNCHRONIZACJA? Teraz tego nie zobaczymy (przynajmniej w większości przypadków, ale o tym później), gdyż zaalarmowanie straży nie koniecznie musi równać się natychmiastowej śmierci. Może nie będzie to rozgrywka subtelna, ale nadal możemy się wybronić, siekając wszystkich, którzy staną nam na drodze. Oczywiście w trakcie alarmu nie tylko walka jest rozwiązaniem – szybkie uśpienie przeciwnika i skrycie się gdzieś też jest dobrym wyjściem! Nikt nie dyktuje nam więc stylu gry, sami jesteśmy sobie panem, a Ubi tylko nam w tym pomaga. W jaki sposób? Między innymi, erpegowym modelem gameplayu! 

Poprzednia odsłona (Syndicate) posiadała już jakieś zalążki solidnego systemu rozwoju postaci, jaki znajdziemy już w Origins. Niestety zmiany jakie wprowadzały modyfikatory gotowe do odblokowania w drzewku Eve i Jacoba nie były znaczące. W przypadku Bayeka jest już zupełnie inaczej. System rozwoju postaci stanowi pewien trzon całości. To dzięki niemu nasz bohater będzie mógł używać strzałek usypiających, czy też oswajać przeróżne zwierzęta. Nie będę tu rozwodził się nad każdym upgradem lecz powiem, że jest z czego wybierać. Drzewko umiejętności pozwoli nam również dopasować skille do naszego stylu gry – jeśli wcale nie chcecie się skradać i wolicie wdać się w otwartą walkę, są tu zdolności które Wam w tym pomogą.  

Jak więc zdobywać punkty zdolności, za które możemy odblokowywać dane skille z drzewka? Tu mamy kilka sposobów. Pierwszym z nich jest oczywiście level-upowanie dzięki zdobytemu doświadczeniowi W chwili obecnej osiągnąłem już tzw. Poziom mistrzowski, czyli ostatni dostępny w grze (jest ich 40). Za każdy zdobyty poziom dostajemy jeden punkcik do wykorzystania. Jest to dość niewiele, zwłaszcza jeśli zasadzamy się na jakieś droższe upgrade’y. Dlatego właśnie Ubi dał nam możliwość zdobywania ich jeszcze na dwa sposoby – odkrywanie starożytnych tabliczek w grobowcach oraz znajdowanie pustelni. Pierwsza z wymienionych powyżej opcji jest chyba najprzyjemniejszą aktywnością w całym Origins. Nie ma nic lepszego od zwiedzania piramid czy też starożytnych struktur, pełnych zagadek do rozwiązania. Druga jest już nieco nudniejsza – szukamy na mapie pustelni, udajemy się tam i następnie siadamy w wyznaczonym miejscu. Bach! Zdobyliśmy właśnie punkt umiejętności! 

Oprócz zdolności, w Origins znalazł się również rozbudowany arsenał broni, podzielonej na kilka kategorii. Zacznijmy może od oręża dystansowego – Bayek jest wyśmienitym łucznikiem, korzystającym z trzech gatunków łuku: łuki łowcy (dobre na średnie dystanse, solidne obrażenia lecz wymagają dłuższego czasu naciągania cięciwy), szybkie łuki (dzięki nim nasz bohater może strzelać seriami kilku strzałowymi), łuki wojownika (duże obrażenia, spory rozrzut, wypuszczamy kilka strzał na raz) oraz najbardziej absurdalny typ – łuki drapieżnika (po wystrzeleniu możemy kontrolować lot strzały).  Wśród tych trzech gatunków znajdziemy chyba setki poszczególnych broni, różniących się zarówno obrażeniami zadawanymi jak i umiejętnościami specjalnymi (np. wywołanie krwawienia). Podobnie rzecz ma się z bronią białą. Też mamy tu podział na kilka typów: zwykłe miecze (średnia prędkość, średnie obrażenia), miecze zagięte (duża prędkość, nieco mniejsze obrażenia), włócznie (duża prędkość, duże pole rażenia, małe obrażenia), pałki (mała prędkość, duże obrażenia), broń ciężka (średnia prędkość, duże obrażenia). Tak samo i tu znajdziemy mocniejsze i słabsze egzemplarze każdego typu. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dużą nowością jest również nowy system walki. Znany nam z poprzednich odsłon opierał się na kontrach i wyzwalaniu serii animacji. Ten nowy, z kolei opiera się na typowych dla gier RPG hitboxach. Przed premierą niektórzy zagraniczni redaktorzy growi porównywali system walki w AC Origins do tego, znanego nam np. z Dark Souls. Podobieństwo jest widoczne, lecz sama potyczka nie jest aż tak wymagająca. Tak jak w produkcji od From Software, możemy zalockować się na przeciwniku, wykonywać uniki, odskoki, wyprowadzać kontry, uderzać lekko, mocno. Wszystko to nie wydaje się zrzynką z DS, lecz długo wyczekiwanym powiewem świeżości! Co może lekko irytować mniej postępowych graczy? Chyba tylko wyskakujące po zadaniu ciosu punkty obrażeń, ale już uspokajam – w każdym momencie możemy wyłączyć je w menu opcji. 

Czego mi tu brakowało? Przede wszystkim zbroi, które też mogłyby mieć wpływ na rozgrywkę. W AC Origins możemy bowiem ubierać się w przeróżne wdzianka, lecz nie posiadają one jakiś znaczących statystyk. Wszystko sprowadza się jedynie do walorów estetycznych, a szkoda. Jak więc zwiększać statsy naszego dzielnego Bayeka? Tu Ubi zastosował ciekawy zabieg. Bohater posiada od samego początku kilka niezmiennych elementów ubioru, niezależnych od zakładanego stroju. Mam tu na myśli rękawice, część pancerza, kołczan, torbę na narzędzia oraz ukryte ostrze. Tych elementów, choćbyśmy chcieli, to nie zdejmiemy z Bayeka. Jedyne co możemy robić to ulepszać je za pomocą surowców. Okej, jak więc zdobywać rzeczone składniki? Metod jest naprawdę multum – od zabijania zwierząt, przez okradanie strażników, po kupowanie ich w sklepie.  

Napisałem prawie o większości ciekawych elementów, a nie wspomniałem nic o Senu! Wiernej orlicy, będącej na nasze każde zawołanie. Nieco bardziej rozgarnięci gracze od razu zorientują się, że Ubi w nieco prosty sposób skopiowało to rozwiązanie z Ghost Recona, przenosząc mechanikę zdalnie sterowanego drona, na starożytnego ptaka. Czy mnie to przeszkadza? Oczywiście, że nie! Nie ma nic lepszego niż wcześniejsze oznaczenie przeciwników na bardziej rozległym terenie, lub po prostu przyjrzenie się okolicy z lotu ptaka. Senu (po zakupie odpowiednich umiejętności Bayeka) pomoże nam również w odwróceniu uwagi wrogów, albo namierzy dla nas ścieżki ruchu dowolnego przeciwnika. Bardzo, bardzo fajne rozwiązanie. Punkt dla Ubisofu! 

Czas teraz przyjrzeć się elementom mniej oczywistym, w większości pomijanym w recenzjach innych serwisów. Mam tu na myśli drobne smaczki, które cieszą oko najbardziej wymagających graczy. Nie wiem czy wiecie, ale gdy Bayek za długo przebywa na pustyni po jakimś czasie zaczyna widzieć dziwne rzeczy. Czasem jest to kwiatek, a czasem ogromna, złudna oaza. To nie koniec ciekawostek! Kiedy nasz bohater rozbije dzban z olejem na wodzie, ten będzie się na niej unosił. Dodatkowo, jeśli postanowimy sobie wtedy w nim popływać, Bayek po wyjściu z wody będzie cały oblepiony olejem! Jak widzicie, devowie naprawdę przemyśleli każdy drobiazg. Taki smaczków w AC Origins jest dużo więcej, na sam koniec powiem Wam o jeszcze jednym, a resztę pozostawiam Wam do odkrycia. Otóż Bayek przechodząc przez pola obfite z zboża, bez udziału gracza będzie delikatnie głaskał kłosy ręką. Aż przyjemnie się na to patrzy! 

Przejdźmy teraz do tego co dla wielu jest najważniejsze – oprawa wizualna i optymalizacja gry. Assassin’s Creed Origins to jedna z najpiękniejszych produkcji tego roku! Niemniej jednak nie jest ona pozbawiona wad i błędów, charakterystycznych już dla Ubisfotu. Po pierwsze, w pierwszym tygodniu od premiery zmagałem się z nieładującymi się teksturami. Dopiero kolejny patch usunął ten uciążliwy błąd. Później doświadczyłem nieco poważniejszego problemu – w trakcie rozgrywki, wyrzuciło mnie do pulpitu. Oczywiście Ubi przeprosiło mnie za błąd komunikatem i spróbowałem odpalić Origins jeszcze raz. Niestety bez powodzenia. Na nic zdało się szukanie na oficjalnych forach rozwiązania problemu, gdyż każde opisane tam było bezużyteczne. W końcu wpadłem na pomysł, by przeinstalować na czysto sterowniki do karty graficznej. Był to strzał w dziesiątkę, który uratował obsługę techniczną Ubi od agresywnego wpisu na ich forum. 😉 

Na pochwałę zasługuje jeszcze strona dźwiękowa, ale to akurat nie dziwota, gdyż praktycznie każdy asasyn stał na podobnym poziomie. Ścieżka dźwiękowa jest soczysta, egzotyczna, idealnie wpasowująca się w klimat gry. Ba, to ona dodaje mu tego ostatecznego szlifu! Cudownie słucha się arabsko brzmiących utworów w trakcie zaciętej walki, a jeszcze lepiej zmodernizowanego utworu Ezio’s Family w trakcie dostosowywania ekwipunku. Jedyne czego momentami brakuje, to jakichś utworów grających w tle, podczas gdy Bayek przemierza Egipt na swym wiernym rumaku. Szkoda, bo nawet zmiana opcji wymuszająca częstsze odtwarzanie dźwięków nic nie pomaga. 

Podsumowując, Assassin’s Creed Origins to bez wątpienia najlepsza odsłona serii. Owszem czasem znajdziemy jakieś niedoróbki, ale warto przymrużyć na nie oko, by poczuć genialny, niespotykany wcześniej klimat. Fabuła może odkrywcza nie jest, bo w końcu co jeszcze można wymyślić w związku z bractwem asasynów, lecz nadal poznaje się ją z dużą przyjemnością. Nieco więksi fani serii znajdą tu coś dla siebie, gdyż w grze ukryte zostały sekret związane z cywilizacją Isu oraz historią Desmonda Milesa. Ci mniej zainteresowani i tak będą się dobrze bawić, pomagając biednym, uciemiężonym Egipcjanom (oraz Grekom), czy też zwiedzając świat pełen skarbów i tajemnic. Mimo, że spędziłem w Assassin’s Creed Origins już 51 godzin (stan na dzień 25.11.2017), nadal nie mam dość i wciąż mam coś do zrobienia w grze. Jeśli tylko jakieś błędy mi nie przeszkodzą, to spędzę w Origins prawdopodobnie jeszcze dwa razy tyle! Wydaje mi się, że zdanie to chyba najlepiej podsumowuje całość – Assassin’s Creed Origins to po prostu najlepsza w historii gra Ubisoftu.   

Paweł Wysowski

Od niedawna twórca treści wideo w Polygamia.pl. W przerwie między graniem w tytuły AAA i czytaniem książek mistrza horrorów (Stephena Kinga), ogrywa mniejsze, niezależne tytuły. Fan wszelkiego rodzaju roguelike’ów oraz gier obarczonych ciężkimi wyborami moralnymi.

2 thoughts on “Assassin’s Creed: Origins – recenzja

  1. „Jak widzicie, devowie naprawdę przemyśleli każdy drobiazg.”

    Każdy, poza tym, że okładanie aligatora płonącą bronią w wodzie jej nie gasi.

    Autor ma raging hard-on dla serii AC. Fabuła jest naprawdę przeciętna w porównaniu z poprzednimi AC, głos NPCów w wielu questach pobocznych brzmi martwo, jakby im się nie chciało. AI przeciwników w walce głupieje i traci target. Autor wspomina o optymalizacji, po czym w ochach i achach kończy paragraf na tym, że główny bohater gładzi kłosy ręką bez ingerencji gracza – WOW!!!!! A może by tak wspomnieć, że AC:O na PC jest nafaszerowane DRMami i masa ludzi, żeby uzyskać zadowalający efekt, musiała zezwolić na wykorzystanie 100% CPU, co jest ewenementem i w ogóle miejsca mieć nie powinno w żadnej grze? Że rzekomo ilość operacji na plikach przez DRMy właśnie w tym tytule skraca żywotność dysków SSD? Również ani słowa o mikropłatnościach, chociaż nie są w tym tytule wpychane na siłę. Recenzja na miarę wypracowania w szkole o grze którą lubisz.

    1. Bugi i błędy są, optymalizacja też średnio wyszła – z tym się jak najbardziej zgadzam. O tym wszystkim opowiedzieliśmy w podcaście, który znajdziesz tu: https://youtu.be/Mc-MJ9dvgos

      Chciałbym jednak ustosunkować się do Twojego komentarza – każdy ma prawo do swojego zdania. Według mnie, mimo błędów produkcja całkiem nieźle się broni. Według Ciebie nie i reszta naszej załogi to szanuje. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *