Cuphead, czyli nie diluj z diabłem

Cuphead, czyli nie diluj z diabłem

Ach, Cuphead! Trochę się na tę grę naczekaliśmy. Pierwsza zapowiedź produkcji pojawiła się w 2014 roku na E3 i od razu wzbudziła zainteresowanie, choć nagranie miało tylko kilka sekund. Tyle jednak wystarczyło, gdyż pomysł był bardzo niebanalny – w końcu nikt wcześniej nie zdecydował się oprzeć estetyki swojej gry na kreskówkach z lat 30! Warto nadmienić, że prace nad grą rozpoczęły się już rok wcześniej. Po tak długim czasie chyba wszyscy oczekiwali dopieszczonej pod każdym względem produkcji. I z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że taki właśnie jest Cuphead.

Tym razem rozpocznę recenzję wyjątkowo od omówienia kwestii stylu graficznego, gdyż to chyba najmocniejsza i najbardziej oryginalna strona Cupheada. Tak jak wspomniałam, jest to nawiązanie do animowanych bajek z lat 30. Inspiracja nie jest wyłącznie powierzchowna, gdyż sposób tworzenia grafiki również czerpał ze stylu przedwojennego. Postacie i lokacje były tworzone ręcznie, klatka po klatce, za pomocą mocno już przestarzałych technik, hołdując tym samym stylowi Maxa Fleischera, rysownikowi m.in. Betty Boop czy Popeye’a. Takiego rozwiązania jeszcze w grach nie było i raczej już nie będzie, gdyż można powiedzieć, że studio MDHR wyczerpuje w zasadzie ten temat, tworząc grę niemal idealną pod względem stylu graficznego. Jest żywo, intensywnie, kolorowo, a wszystkie animacje mają ten wyolbrzymiony i nieco surrealistyczny charakter, który każdy z nas chyba kojarzy. Ciekawym zabiegiem było też manipulowanie klatkażem, tak aby animacje posiadały te słynne dla kreskówek 24 klatki na sekundę, przy czym sama gra posiadała stabilne 60! Zapewnia to płynność rozgrywki, jednocześnie sprawiając, że gra pozostaje wierna przyjętemu stylowi.

Ale styl lat 30 to nie tylko grafika, ale też charakterystyczna oprawa muzyczna, po której bez patrzenia można rozpoznać tego typu kreskówkę. Nie zabrakło więc swingu, intensywnego ragtime’u, big bandu i oczywiście jazzu! Większość utworów była skomponowana przez Kristofera Maddigana i nagrana na żywo z orkiestrą jazzową. Szczególnie wpada w ucho Die House, który jest muzycznym motywem przewodnim King Dice’a. Do tego jeszcze dochodzi szeroka gama bogatych w detal dźwięków – wspaniale budują one atmosferę każdej lokacji i uwypuklają scenerię. Moimi ulubieńcami są odgłosy wystrzałów podstawowej broni Cupheada oraz gardłowe “Hello!” świniaka-sprzedawcy, które słyszymy za każdym razem gdy odwiedzamy sklep.

Odstawiając jednak na bok kwestię audiowizualną, produkcja również ma dużo do zaoferowania pod względem rozgrywki. Na wstępie jednak ostrzegam – jeżeli walki z bossami to dla was zło konieczne, a do gier podchodzicie raczej casualowo, to Cuphead może nie być grą dla was. Mamy tutaj w zasadzie wyłącznie starcia z bossami, od czasu do czasu przeplatane poziomami “run’n’gun” w stylu Contry, które zdają się tam być raczej na doklejkę, niż współtworzyć trzon gry. Ja sama miałam nadzieję na trochę większą inspirację Castle Crashers, jednak twórcy poszli w stronę samego “mięska” jakim są starcia z najtrudniejszymi przeciwnikami, posiadającymi przeróżne rodzaje i sekwencje ataków, które trzeba wyczuć i dopasować do nich naszą ofensywę.

Niestety, w starciach dużo opiera się na szczęściu. Każde starcie, nawet z tym samym przeciwnikiem, jest inne, gdyż sekwencje ataków generują się proceduralnie – nie możemy więc nauczyć się “na pamięć” danego bossa. Ma to swoje dobre strony, gdyż taki zabieg urozmaica rozgrywkę i dodaje jej nieprzewidywalności, ale i generuje potężne pokłady frustracji, gdy kombinacja ataków ułoży się tak, że zostaniemy przyciśnięci do ściany bez jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Taka randomizacja potrafi też odrzeć zwycięstwo z poczucia satysfakcji, gdy uda nam się akurat natrafić na sekwencję łatwiejszych ciosów.

Podczas gry odniosłam również wrażenie, że Cupheada tworzono głównie z myślą o co-opie. Dość denerwujące było gdy, pomimo grania solo, wszystkie teksty skierowane do mojej postaci był w liczbie mnogiej. Niektóre stacia również aż prosiły się o dwóch graczy – oczywiście dało się je przejść samemu, ale wyraźnie więcej frajdy dałoby przejście z kimś. Tym bardziej boli brak multi, gdyż osoby bez kolegów raczej skorzystają z pełni tego, co Cuphead ma do zaoferowania.

Trzeba jednak przyznać, że gra jest cholernie trudna. Nawet najbardziej wprawieni gracze powinni przygotować się na nerwowe przeklinanie pod nosem i pocące się dłonie zaciśnięte na padzie. Już przy pierwszych trzydziestu minutach gry miałam ochotę rzucić klawiaturą dwa razy! Chociaż tutaj muszę wtrącić, że agresja wobec urządzeń peryferyjnych czasem mniej powodowana jest trudnością gry, a bardziej niefortunnym mapowaniem klawiszy. W przypadku klawiatury poruszamy się na strzałkach, czego nie napotkałam już od bardzo dawna i miałam spore trudności z przestawieniem się ze WSADu. W przypadku kontrolera również nie było najlepiej – przyciski ataku i skoku są obok siebie, a rozgrywka praktycznie wymaga od nas jednoczesnego strzelania i uników, tak więc bez przemapowania przycisku ataku na bumpery raczej się nie obejdzie.

Cuphead jest bezlitosny – moich każualowych współbraci być może zasmuci wiadomość, że nie ma możliwości zmiany poziomu trudności w grze. Ma być tak jak twórcy zamierzyli, czyli baaaardzo ciężko i intensywnie, tak, że nawet po godzince gry będziemy się czuli jak przepuszczeni przez wyżymaczkę. Wprawdzie przed każdym starciem możemy wybrać, czy chcemy aby walka była “prosta”, albo ”standardowa”, ale “proste” starcia nie pozwalają nam zebrać dusz przeciwników, które są dla nas jedyną szansą, aby wykupić nasz dług u diabła i tym samym przejść grę. Po co więc istnieje taka opcja? Abyśmy mogli odblokować kolejną część mapy i zobaczyć, jakie kolejne okrucieństwa szykuje dla nas Cuphead.

Podsumowanie

Cuphead z pewnością przejdzie do historii ze swoją niekonwencjonalną estetyką zainspirowaną kreskówkami z lat 30. Muzycznie i graficznie gra jest dopracowana do perfekcji – imponuje również to, że większość grafik była tworzona ręcznie, bez pomocy programów graficznych. Gra nie jest dla wszystkich – osoby, które wolą przy grze raczej się zrelaksować bądź też dać się pochłonąć angażującej historii raczej nie odnajdą się w tym klimacie. Mimo to zachęcam do dania produkcji szansy – warto czasem “wyjść poza strefę komfortu” i zobaczyć z jaką to perełką mamy do czynienia 🙂

Kamila Zich

Studentka projektowania rozrywki interaktywnej na UŚ, game designer w Garmory i jedna z prowadzących Gejmingowej Piwnicy w Egidzie. Lubi moralne rozterki w grach i szybkie szpile w Overwatcha przed snem, które notorycznie kończą się nad ranem.

One thought on “Cuphead, czyli nie diluj z diabłem

  1. Tak gra to niesamowity fenomen, razem z konsolami mają już ponad 1 mln sprzedanych kopii. Większość twórców marzy chociaż o 1/10 tej wartości 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *