Indygo, czyli o depresji słów kilka

Indygo, czyli o depresji słów kilka

Na ten piękny, jesienny dzień mam temat bardzo ciężki – przedstawienie depresji w medium jakim są gry. Jest to niewątpliwie spore wyzwanie, jakie postawiło przed sobą studio Pigmentum. Pierwszy raz Indygo miałam okazję obejrzeć w nietypowych okolicznościach, bo w sosnowieckim Cinema City w zeszłym roku. Miał tam wtedy miejsce talent show, gdzie lokalni twórcy gier mogli przedstawić swoje projekty, które potem były omawiane przez ludzi z branży. Na koniec publiczność oraz jury głosowali na najciekawszą prezentację, a zwycięzca otrzymywał wsparcie finansowe i wydawnicze. Magda Pawlik i Krystian Mucha przedstawili wtedy jeden z najlepszych projektów. Ja akurat swój głos oddałam na symulator bitwy magów, ale obiecałam sobie, że Indygo na pewno kupię i wypróbuję 🙂

Indygo to dzieło bardzo minimalistyczne i eleganckie w swej prostocie. Jest to gra typu point ‘n’ click, która rozgrywa się w całości w jednym pomieszczeniu (albo dwóch, jeśli liczyć łazienkę). Wcielamy się tutaj w postać malarza cierpiącego na depresję. Zauważyłam, że malarz z zaburzeniami psychicznymi to ostatnio bardzo popularny motyw, wykorzystywany przez takie produkcje jak Layers o Fear czy The Static Speaks My Name. Cóż, nie ulega wątpliwości, że artyści często mają skłonności depresyjne, chociaż nie ukrywam, że chętnie kiedyś poznałabym historię hydraulika czy nauczyciela z depresją – w końcu zwyczajnych ludzi również dotyczy ten problem.

Ale wracając do tematu – depresja w Indygo jest przedstawiona dość archetypicznie. Mamy tu wycofanie, izolację społeczną, mrok, niemoc i bezsilność. Nasz artysta, Tomasz, zamknął się na poddaszu i nie wychodzi stamtąd od kilku miesięcy. Skrupulatnie unika swej ukochanej, Anny, nasłuchując jej kroków i czekając aż opuści dom, żeby w ogóle rozważyć wyściubienie nosa z kryjówki. Jego komunikacja zarówno z Anną, jak i psychiatrą, ogranicza się do listownej korespondencji. Artysta dostosował pracownię do tego, by musieć z niej wychodzić jak najmniej. Jak na klasyczną osobę z depresją przystało, nie ma energii ani motywacji żeby chociażby pościelić łóżko, a co dopiero tworzyć sztukę.

W grze dokonujemy szeregu pozornie trywialnych decyzji, które wpływają jednak znacząco na nasz stan psychiczny. Czy oddzwonimy do starego przyjaciela? Czy upijemy się w trupa? To wszystko potrafi zadecydować o tym, czy “z tego wyjdziemy”, czy nasza historia zakończy się tragicznie. Wszystko to w akompaniamencie bardzo nastrojowej muzyki, która znakomicie podkreśla melancholijny klimat. Wrażenie również robi grafika – całe otoczenie zostało wykonane ręcznie, za pomocą techniki linorytu albo drzeworytu (albo czegoś bardzo podobnego). Wszystko jest wyzute z barw, dominuje jedynie tytułowe chłodne indygo. Niestety graficznie produkcja, pomimo swojej prostoty, stanowi wyzwanie dla słabszych komputerów – gdy odpaliłam Indygo na moim “kalkulatorku” wiele grafik się nie wyświetlało, a co jakiś czas gra mi po prostu zawieszała kompa.

Dlaczego jednak pisałam o archetypie depresji? Gdyż trochę drażni mnie przedstawianie ludzi z tą chorobą jako zakopanych w pościeli smutasów. Zaburzenia depresyjne przyjmują różne formy. Czasem to właśnie ta uśmiechnięta, zadbana koleżanka z pracy bądź kochający mąż i ojciec zmaga się z myślami samobójczymi, brakiem motywacji i niską samooceną. Wydaje mi się, że rozpowszechnianie tego stereotypu może być na dłuższą metę szkodliwe, ponieważ może to doprowadzić do lekceważenia osób, których zmagania z tą chorobą przebiegają inaczej, gdyż “nie wyglądają na będących w depresji”.

Mimo wszystko jednak uważam, że Indygo w ciekawy i konstruktywny sposób przedstawia walkę z depresją, i że ważne jest wykorzystywanie interaktywnego medium, jakim są gry, aby pomóc ludziom choć trochę zrozumieć tę chorobę. Podobało mi się na przykład to, że zależnie od mojego stanu psychicznego niektóre odpowiedzi na listy po prostu były zablokowane. Po kilku przejściach gry, jeszcze nie udało mi się odblokować niektórych z nich. Interesująca była również perspektywa Anny – jej poczucie winy i bezsilność, na którą nie potrafimy nic poradzić.

Jeśli jeszcze na coś miałabym ponarzekać, to jest to voice acting – niestety, aktorzy brzmią nudno i mdło (tak, wiem, że depresja, więc brak energii, ale chyba nie są na nią chorzy również Anna i psychiatra?). Zazwyczaj też po prostu przeszkadzają – gdy mamy przed sobą zapiski z dziennika czy list, ciężko jest się w nie wczytać, gdy w tle ten sam tekst jest strasznie powoli męczony przez aktora. Dlatego też po chwili po prostu wyłączyłam lektorów, aby móc w spokoju wgłębić się w teksty, które same w sobie były bardzo interesujące i poruszające.

Podsumowując, Indygo to gra, która trochę wpadła w sidła archetypu, ale pochwała należy się za inicjatywę przedstawienia zaburzeń psychicznych w medium interaktywnym. Zresztą, już dla samych ręcznie robionych grafik i pięknej, nastrojowej muzyki warto zainwestować w produkcję. Nie jest to gra trudna – posiada nawet system podpowiedzi, na wypadek gdyby gracz utknął przy jakiejś zagadce. Bo nie o trudność tu chodzi, a doświadczenie melancholii i bezsilności jaka potrafi towarzyszyć depresji. I to twórcom zdecydowanie wyszło.

Kamila Zich

Studentka projektowania rozrywki interaktywnej na UŚ, game designer w Garmory i jedna z prowadzących Gejmingowej Piwnicy w Egidzie. Lubi moralne rozterki w grach i szybkie szpile w Overwatcha przed snem, które notorycznie kończą się nad ranem.

One thought on “Indygo, czyli o depresji słów kilka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *