Kindergarten, czyli piękne czasy dzieciństwa

Kindergarten, czyli piękne czasy dzieciństwa

Ach, czasy przedszkola! Jak wspaniale było robić sobie drzemki w środku dnia, bawić się w kółeczku, wygłupiać się z kolegami, szaleć całe dnie na placu zabaw, czasem zadźgać rówieśnika, znaleźć ciało w kanciapie woźnego czy, będąc zmęczonym bezsensem istnienia, rzucić się w otchłań bez dna wykopaną w piaskownicy. Jeśli również tęsknisz za tymi beztroskimi chwilami, gdy każdy dzień wyglądał tak samo, a nikt nie liczył godzin i lat (bo nie umiał) to Kindergarten jest grą dla ciebie!

Ten wstęp może brzmieć trochę dziwacznie, ale na pewno stanie się zrozumiały, gdy tylko zapoznamy się z charakterem produkcji . Kindergarten oferuje nam rozgrywkę w stylu “dnia świstaka” – każdego dnia jest poniedziałek, a żadna z postaci nie zmienia do nas nastawienia, nawet jeśli nawiązaliśmy z nią jakąś relację w dniu wcześniejszym, no chyba że posiadamy przedmioty specjalne. Wcielamy się w przeciętnego, niczym niewyróżniającego się przedszkolaka. Przedszkole, do którego uczęszczamy również wydaje się być zwyczajne – mamy tu cycatą nauczycielkę, dziwnego woźnego, agresywnego łobuza, złośliwą dziewczynkę, outsiderkę, kujona, dziwaka, słowem, całą ferajnę standardowych dla tego miejsca postaci postaci. Każda z nich w końcu okazuje się mieć jednak psychopatyczne skłonności: nauczycielka lubi dziecięce bójki na śmierć i życie, woźny ma kompleksy na punkcie ortografii, którym daje upust w morderczy sposób, a twoja dziewczyna może cię zadźgać, jeśli ją zdenerwujesz. To tylko niektóre z przedziwnych przygód, które możemy przeżyć w poniedziałek.

Tak jak już wspominałam, każdy dzień jest taki sam, ale możemy je przechodzić na różne sposoby, aby dojść do różnych wyników. Poniedziałek jest podzielony na cztery części: oczekiwanie na lekcje przed podwórkiem, poranne zajęcia, obiad, przerwę i zabawę w kółeczku. Brzmi przyjemnie, prawda? W każdej z części jednak mogą mieć miejsce dramatyczne wydarzenia, jeśli pokierujemy sprawami odpowiednio. Naszym nadrzędnym celem jest odkrycie, co stało się z Billym, zaginionym bratem Lily, szkolnej outsiderki. Nie uda nam się tego dokonać w jeden poniedziałek – potrzeba bardzo, bardzo wielu poniedziałków, aby odkryć tajemnicę zaginięcia ucznia. W międzyczasie przeżywamy “dzień świstaka” wciąż na nowo, słyszymy te same rozmowy i usiłujemy wpłynąć na postacie tak, aby udało nam się uzyskać kolejne poszlaki, jak i przy okazji zbierać karty Monstermon.

Każdy przedmiot, który zbierzemy w grze, momentalnie tracimy po powrocie do domu – nie dotyczy to jednak przedmiotów specjalnych, kart Monstermon oraz pieniędzy. Tych ostatnich możemy jednak zabrać z domu do przedszkola najwyżej trzy dolce, w przeciwnym razie łobuz Buggy wyczuje, że śmierdzimy kasą i zabierze nam pieniądze! (albo nas zabije). Ogólnie umieramy dość często, gdyż jest to nasz naturalny sposób uczenia się – co cię zabije to cię wzmocni 😉 W każdej chwili możemy zrestartować dany etap, lub cały dzień, jeśli sprawy pójdą nie po naszej myśli, więc umierania bać się nie należy. W zasadzie, opcja restartu przydaje się często, gdy przypadkiem porozmawiamy nie z tą osobą, co trzeba, czy nie osiągniemy oczekiwanych rezultatów jakichś akcji.

Odpalając Kindergarten przygotujcie się na bardzo wiele backtrackingu. Wiele dialogów przewinie się wam kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt razy, gdy będziecie próbowali osiągnąć inny wynik tą samą drogą. Przykładowo, zwykłe zaoferowanie jo-jo synowi dyrektora ma bardzo wiele potencjalnych rezultatów i będziecie chcieli poznać je wszystkie! Niektóre doprowadzą was do rychłej śmierci, inne pozwolą wam uchylić rąbka tajemnicy zniknięcia Billy’ego, uzyskać kolejną kartę do kolekcji czy inny specjalny przedmiot, który pozwala pokierować akcją inaczej kolejnego dnia.

Choć repetytywność jest w Kindergarten zabiegiem poniekąd celowym gdyż ma ukazać absurdalność świata przedstawionego to muszę przyznać że czasem potrafi nużyć. Gdy po raz kolejny przeklikujecie znane już na pamięć scenki i dialogi, aż kciuki zaczynają boleć od wciskania przycisku A na padzie, można się trochę frustrować. Nastrój podkreśla dodatkowo zapętlona, przesadnie wesoła muzyka, co do której zdania są podzielone – jedni gracze uważają, że pomimo powtarzalności jest świetna i nie przeszkadza, inni – że męczy. Muszę się przyznać, że należę do tej drugiej grupy, dlatego większość gry przegrałam z wyłączonym dźwiękiem.

Bardzo rzuca się w oczy prostota, żeby nie powiedzieć bieda jeśli chodzi o animacje – większość postaci posiada tylko dwie, stania oraz chodzenia. Ta pierwsz szczególnie dziwacznie się prezentuje, gdyż postacie strasznie intensywnie kiwają się w górę i w dół (co u cycatej nauczycielki daje wiadomy skutek), nie raziło mnie to jednak, a raczej intrygowało. Trochę gorzej miała się sytuacja chociażby w przypadku kucharki, która posiadała wyłącznie animację machania łyżką, co robiła nawet, gdy nie było nad czym machać. No ale czepiam się – Kindergarten zostało stworzone przez dwuosobowy team, w którego skład wchodzili Connor Boyle i Sean Young, więc wszystkie te uproszczenia mogą zostać wybaczone.


Kamila Zich

Studentka projektowania rozrywki interaktywnej na UŚ, game designer w Garmory i jedna z prowadzących Gejmingowej Piwnicy w Egidzie. Lubi moralne rozterki w grach i szybkie szpile w Overwatcha przed snem, które notorycznie kończą się nad ranem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *