Moonlighter – Tanio skóry nie sprzedam!

Moonlighter – Tanio skóry nie sprzedam!

“Ech, kolejny pikselowy rogue-lite, jak oryginalnie” – pomyślałam gdy dostałam od Pawła kod do Moonlightera. Ten typ gry zdążył mnie znużyć już dawno temu, gdyż w ostatnich latach był tego istny wysyp na Steamie, a większość stanowiły zupełnie nieinteresujące nostalgia tripy. Moonlighter ma jednak kilka trików w zanadrzu,które sprawiają, że gra nie jest kolejną kopią kopii kopii, a całkiem dobrze zrobionym tytułem i to z dość nieoczekiwanych powodów.

Już na wstępnie szczególnie polecam Moonlightera osobom, które przepadają za różnego rodzaju symulatorami zarządzania, gdyż mamy tutaj do czynienia właśnie z mechaniką tego typu. Wcielamy się w Willa, właściciela tytułowego Moonlightera, czyli sklepu z artefaktami, który mamy przywrócić do dawnej świetności. No ale artefaktów nie możemy sprowadzić przecież z hurtowni, zatem nasz Will jest zmuszony pozyskiwać je w okolicznych lochach, które, jak się okazuje, pełne są dobrodziejstw tego typu.

Hola, hola! NIe rzucajcie się jednak do lochów na łeb na szyję, gdyż zdobywanie tych unikatowych przedmiotów to nie takie hop siup – w jaskiniach roi się od przeróżnych niezbyt przyjaźnie nastawionych istot, które będą starały się nam przeszkodzić w prowadzeniu biznesu. To właśnie tam dziadek bohatera stracił życie poszukując artefaktów na półki Moonlightera za czwartą bramą, gdzie, jak ostrzega nas zaprzyjaźniony starzec, znajdują się najbardziej zajadli przeciwnicy. Brama póki co jest nie do otwarcia, ale oczywiście zrobimy wszystko, aby się za nią dostać – coś w końcu trzeba sprzedawać.

Lochy są generowane proceduralnie – za sprawą sił nadprzyrodzonych ich układ wciąż się zmienia, wobec czego niemożliwe jest sporządzenie ich mapy. Odnawiają się również przeciwnicy, więc nigdy nie będziemy w stanie wybić ich do nogi. Naszą jedyną opcją jest całodzienna wyprawa na oślep w głąb lochów w nadziei na znalezienie czegoś cennego. Chociaż nawet korzenie się przydadzą – w końcu wszystko można opchnąć. Należy jednak uważać aby się nie zapędzić i nie stracić wszystkich sił w walce – wtedy lądujemy z powrotem w wiosce, ale tracimy wszystkie przedmioty, oprócz tych w najwyższym rzędzie w plecaku. Auć. Dlatego warto monitorować swój stan zdrowia i w razie czego wycofać się za pomocą amuletu teleportacji, co trochę kosztuje. Jeśli jednak uda nam się dotrzeć do bossa i go pokonać, powrót jest za friko, więc warto się trochę postarać. A, i warto wyruszać w nocy – jest wtedy trudniej, ale i łup cenniejszy.

Jednak najfajniejszą (przynajmniej dla mnie) mechaniką Moonlightera nie jest włóczenie się po lochach, a właśnie zarządzanie sklepem. Polega to na wystawianiu znalezionych przedmiotów na sprzedaż i ustalaniu ich ceny. I to właśnie jest podchwytliwe, jesteśmy bowiem zmuszeni ustalać ceny na oślep – nie mamy żadnych wytycznych ile co powinno kosztować. Czy ta księga jest warta więcej niż 100 sztuk złota? Czy ktoś będzie chciał zapłacić 50 sztuk za korzeń? To wszystko musimy wybadać sami obserwując reakcje klientów. Jeśli gość zaczyna płakać, patrząc na fragment zniszczonego miecza za 1000 golda to oznacza, że nieco przegięliśmy. Ale, ale! Jeśli nasz klient jest trochę za bardzo zadowolony kupując ten kryształ za 5 sztuk złota to chyba za mało się cenimy.

Musimy również rozważyć, co dokładnie chcemy wystawić na sprzedać, ponieważ i my możemy zrobić użytek z wielu zebranych materiałów i artefaktów. Dzięki naszemu finansowemu wkładowi w rozwój miasta, w Rynoce zaczynają pojawiać się różni rzemieślnicy, który ze znalezionych przez nas przedmiotów są w stanie uwarzyć zdrowotną miksturę czy sklecić zbroją bądź miecz. Warto zatem sprawdzić jakich składników wymagają interesujące nas przedmioty, ale nie poniosło nas zbytnio przy wystawianiu wszystkiego na sprzedaż.

Muszę również podkreślić, że pikselowa grafika nie jest po prostu leniwą decyzją devów, ale niestety screeny tego nie odzwierciedlają, bowiem największa siła Moonlightera leży w animacjach, które są miodzio! Bardzo dobrze spisuje się również udźwiękowienie. Szczególnie urzekł mnie utwór, który słyszymy pod koniec dnia pracy w sklepie – jest cudownie rześki i sympatyczny.

Moonlighter to nie do końca rogue-lite jakiego się spodziewasz – elementy zarządzania, z jakimi w zasadzie nie spotkałam się wcześniej w takim wydaniu, nadają mechanice dungeon crawlera nowy sens i wspaniale wszystko spinają. Nie jest to może przełomowe rozwiązanie, ale jest bardzo sprytnie i sprawia dużo przyjemności. Również grafika pikselowa nie została potraktowana po macoszemu – animacje to czysta uczta dla oka. Dlatego, jeśli macie zamiar dać jeszcze szansę jakiemuś rogue-like’owi, to niech to będzie właśnie Moonlighter.

Kamila Zich

Studentka projektowania rozrywki interaktywnej na UŚ, game designer w Garmory i jedna z prowadzących Gejmingowej Piwnicy w Egidzie. Lubi moralne rozterki w grach i szybkie szpile w Overwatcha przed snem, które notorycznie kończą się nad ranem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *