Purrfect Date

Purrfect Date

Oj, w coraz dziwniejsze produkcje gram ostatnio. Zanim ktoś mi jednak zarzuci, że znowu męczę symulatory randkowania, chcę tylko zaznaczyć, że premiera Purrfect Date nastąpiła akurat gdy zabrałam się za recenzowanie Doki Doki, tak więc nie moja wina! Produkcja Bae Team już dawno zaintrygowała mnie swoim niebanalnym trailerem, który możecie obejrzeć poniżej, toteż oczekiwałam na nią z niecierpliwością. Czy jednak było warto?

Na czym to wszystko polega? Na początku wybieramy sobie postać, która potem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie ma podjąć się roli asystenta kociego naukowca, doktora Pawpura. Wyspa jest bardzo dziwnym miejscem, gdyż pełno na niej kotów oraz otacza ją pole magnetyczne, przez które nie potrafi się przedostać nic do środka – wyjątkiem jest jedna dziura, którą przepływa prom, transportujący pracowników i zaopatrzenie. Brzmi ciut niedorzecznie, prawda? Bo i gra zdaje sobie sprawę z tych niedorzeczności i bawi się nimi w pełni świadomie.

Ale pole magnetyczne nie jest oczywiście jedynym z tajemnic wyspy. Najważniejszą jest chyba wirus, którym zarażamy się na początku pobytu, a który zamienia nas samych w kota! Przy okazji, nabywamy również umiejętność porozumiewania się z czworonogami. Proces “kotyfikacji” trochę jednak trwa, co daje nam czas na prace badawcze, poznawanie tajemnic wyspy oraz, no cóż, romansowanie z mieszkańcami wyspy. Tymi futrzastymi.

Sama część “randkowa” wyszła trochę dziwnie, przynajmniej w mojej opinii. Chociaż to wokół właśnie tego gra budowała swój marketing i z tym chce być kojarzona, była to w zasadzie najnudniejsza z opcji w grze, a przy tym najdłuższa. Zarówno na pracę badawczą, jak i na tajemnice wyspy przeznaczono tylko trzy “epizody” na postać, podczas gdy w romansach mamy aż pięć epizodów! Przy tym, nie przekonało mnie zdobywanie serc kotów, podczas gdy sama byłam człowiekiem – szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będę mogła stworzyć swojego kocurka i nim podbijać serca kocic. Nie chcę mówić, że wygląda to trochę jak furry fantasy, no ale cóż… 🙂

Pomijając jednak podrywanie kotków, tajemnice wyspy okazały się być całkiem ciekawe. Nie spodziewajcie się jednak, że uda się wam poznać zbyt wiele z nich z nich podczas jednego żywota. Gra ma wiele zakończeń i jesteśmy zmuszeni umierać wielokrotnie, aby poznać je wszystkie. Szybko okazuje się, że wszystkie awatary, spośród których wybieraliśmy ten dla naszej postaci, są tak naprawdę kolejnymi asystentami, w których po kolei się wcielamy. Każdy z nich ulega “kotyfikacji” (za sprawą tych samych kotów, z którymi potem mamy romansować), a następnie usiłuje dociec, kto zagraża kociakom na wyspie i dlaczego.

Tak jak wspominałam, epizodów związanych z badaniami oraz z tajemnicami wyspy możemy poznawać po trzy na postać, podczas gdy ogólnie jest ich po osiemnaście. Postaci jest sześć, więc wykorzystując w pełni swój czas na wyspie możemy odkryć wszystkie sekrety wyspy i placówki badawczej. Niestety (albo “stety”?), nie jest to jednak możliwe bez podrywania kociaków (ech…), gdyż każdy czworonóg podczas przedostatniej randki obdarowuje nas przedmiotem koniecznym do odblokowania jednej misji – bez tego, epizodów związanych z badaniami mamy na ogół tylko dwa na osobę.

Może to brzmieć trochę skomplikowanie, ale tym bardziej świadczy to o przemyślnej fabule Purrfect Date. Wszystkie sekrety są ze sobą w konkretny sposób powiązane i tworzą spójną całość. Bardzo wciąga rozplątywanie tego kłębka (że tak posłużę się kocią metaforą), chociaż często pojawiały się dość kliszowe rozwiązania fabularne. Mimo to jednak, złożoność historii imponuje, a gra, nawet po jej ukończeniu (gdy już skończą nam się asystenci) ma jeszcze wiele do zaoferowania.

Warto na koniec wspomnieć o ciekawym stylu graficznej oraz bardzo dobrze dopasowanym udźwiękowieniu. Postacie i interfejs są stworzone w stylu przypominającym rysunki dziecka – są krzywe, wesołe, trochę karykaturalne (czasami może za bardzo). Przy tym wyróżniają się tła, które zostały przygotowane z dużą dbałością. Dodatkowo, muzyka w tle jest urocza i i na ogół nie irytuje, pomimo tego, że ten gatunek gry niestety wymaga zapętlonego soundtracku, co bywa problematyczne.

Cóż, Purrfect Date nie okazało się do końca grą której oczekiwałam. Na pewno nie spodziewałam się takiego rodzaju “randkowania”. Nie do końca jestem też usatysfakcjonowana fabułą, której zdarzało się popadać w kliszowość. Na pewno jednak urzekł mnie styl graficzny, który był trochę dziecinny, trochę kreskówkowy i naprawdę się wyróżniał. Mimo to, jest to jednak gra dość specyficzna i nie wszystkim może przypaść do gustu.

Kamila Zich

Studentka projektowania rozrywki interaktywnej na UŚ, game designer w Garmory i jedna z prowadzących Gejmingowej Piwnicy w Egidzie. Lubi moralne rozterki w grach i szybkie szpile w Overwatcha przed snem, które notorycznie kończą się nad ranem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *