Vampyr, czyli pełnokrwisty średniak w natarciu

Vampyr, czyli pełnokrwisty średniak w natarciu

Dwa lata – tyle czasu czekali gracze na całym świecie by móc odpalić mrocznego, klimatycznego Vampyra studia Dontnod na swoich maszynach. Czy historia o krwiopijcach z piekła rodem nie przeterminowała się w międzyczasie? Czy produkcja ma cokolwiek do zaoferowania odbiorcy, oczekującego standardów na rok 2018? 

Moja przygoda z Vampyrem rozpoczęła się zaledwie tydzień temu, kiedy to CDP podesłało nam klucz do recenzji. Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, niezmiernie się ucieszyłem i ruszyłem w stronę mojej nowiutkiej konsoli aby aktywować swoją pierwszą kopię recenzencką. W tym miejscu zaznaczę, iż recenzja ta jest tym samym początkiem cyklu tekstów poświęconych grom konsolowym lub edycjom konsolowym gier znanych nam z pecetów. Wracając jednak do tematu, Vampyr na całe szczęście nie ważył więcej niż 25GB więc wystarczyło mi pół godzinki by pobrać grę z PS Store. 

Zanim jednak przejdę do omawiania samej gry, wcześniej wprowadzę Was w genezę jej powstawania i w nastroje oraz oczekiwania jakie rodziły się w trakcie jej tworzenia. Vampyr zapowiedziany został jeszcze w trakcie targów E3 2016 jako pełnokrwisty erpeg, posiadający multum ciekawych mechanik, wyborów moralnych i pomysłów fabularnych. Studio odpowiedzialne za produkcję znane było nam raczej z przygodówek pokroju Life is Strange, aniżeli RPGów z otwartym światem. Moje oczekiwania po obejrzeniu pierwszego zwiastuna nie były zbyt wysokie – dlaczego miałbym oczekiwać od zespołu, który nigdy nie stworzył żadnego produktu należącego do tego gatunku tyle, co od Bethesdy czy CD Projekt Red. Oczywiście znajdziemy na rynku debiutanckie produkcje, którym do ideału brakuje niewiele, jednak zdarzają się one rzadko. Czytając tę recenzję zapewne zapoznaliście się już ze zdaniem innych redaktorów, którzy podchodzą do Vampyra nieco inaczej. Ja postanowiłem być dużo bardziej pobłażliwy. 

Dontnod nie patyczkuje się z graczem i od razu wrzuca go w wir wydarzeń. Jonathan Reid jest światowej sławy specjalistą w dziedzinie transfuzjologii. Powraca on po zakończeniu I Wojny Światowej do swego rodzimego Londynu, gdzie chce przywitać się z utęsknioną matką i siostrą. Jednakże los spłatał mu okropnego figla, bowiem tej feralnej nocy Jonathan doświadczył bliskiego spotkania trzeciego stopnia z wampirem. Na dodatek, krwiopijca świadomie wykonał rytuał, który zamienił naszego nieboraka w jedną z żądnych krwi bestii. W ten sposób twórcy wprowadzili genialne podłoże fabularne dla rozdartego pomiędzy światem żywych i umarłych Jonathana. Z jednej strony stara się on zachowywać jak najbardziej racjonalnie, z drugiej wie że doświadczył czegoś nadnaturalnego. Konflikt wewnętrzny między nauką, a wiarą widać niemal na każdym kroku. 

Rzadko kiedy w grach dostajemy tak dobrze zaprojektowaną postać. Na palcach jednej ręki mógłbym zliczyć bohaterów gier z krwi i kości, których historia autentycznie mnie poruszyła. Tutaj wszystko składa się w całość – świetnie wykreowany bohater zestawiony z jak najbardziej rzeczywistymi wydarzeniami historycznymi, to nie mogło się nie udać. Jeśli już przy wydarzeniach historycznych jesteśmy, to odpowiedzmy sobie nieco o settingu. Otóż cała rozgrywka toczy się w kilku dzielnicach Londynu. Miasto zostało niemal całkowicie opanowane przez jedną z groźniejszych chorób XIX i XX wieku, czyli hiszpankę. Ludność została zdziesiątkowana, a szpitale pękają w szwach. W tym miejscu twórcy dorzucili całkiem prawdopodobnie brzmiącą historię ataku wampirów na osłabione miasto. Choroba, nadnaturalne wydarzenia, chaos, tak można by w kilku słowach opisać sytuację Londynu w grze. 

Co ciekawe, Dontnod postarało się również odzwierciedlić w swym tytule problemy społeczne z jakimi borykali się ludzie w tamtym okresie czasowym. Bieda, rasizm, czy rozwarstwienie społeczne to tylko część z nich. Przytoczę tu dla Was przykład pochodzący z jednej z pierwszych misji pobocznych dostępnych w Vampyrze. Nasz bohater znajduje przez przypadek portfel na ulicy. Okazuje się że znajduje się w nim zdjęcie białej kobiety oraz zdjęcie czarnoskórego posiadacza portfela. W trakcie rozmowy, czarnoskóry prosi nas byśmy nie wydali jego romansu z kobietą innej rasy do przełożonego, gdyż on straciłby pracę a ona zostałaby potępiona społecznie. Tego typu wyborów moralnych i misji będzie przed Wami wiele. 

Zacząłem mówić o wyborach moralnych, zatem opowiem w tym momencie o jednym z najbardziej reprezentatywnych feature’ów całej produkcji – wysysanie krwi mieszkańców Londynu. Dontnod chciało sprawić, by gracze sami wybierali swoje ofiary, dlatego właśnie dali nam sporo ludzi do ugryzienia. Praktycznie każda osoba, którą spotkacie w trakcie przygody może zostać przez nas wyeliminowana. W ten sposób zyskujemy sporą ilość punktów doświadczenia, które możemy wykorzystać do rozwoju naszej postaci. Jest to całkowicie opcjonalne, choć prawdopodobnie devowie chcieli co jakiś czas popchnąć gracza w stronę haniebnego uczynku. Mówię “chcieli”, gdyż niestety im się to nie udało. System walki jest na tyle prosty, że spokojnie obejdziemy się bez zabijania niewinnych śmiertelników. Szkoda, bo pole do popisu było tu naprawdę spore. Jeśli jednak zdecydujecie się zabijać swych zleceniodawców (postacie te często, gęsto oferują nam przeróżne questy poboczne), to polecam najpierw lepiej się z nimi zapoznać. Dlaczego? Otóż dzięki temu zyskujemy jeszcze większą ilość punktów doświadczenia. Zatem zanim wbijecie swe kły w szyję, najpierw sprawdźcie czy delikwent nie jest przypadkiem na coś chory (możemy go bowiem uleczyć by zyskać dodatkowy bonus punktowy). 

Mimo niewykorzystanego potencjału całej tej mechaniki, smaczki typu leczenie ofiar czy zbieranie informacji o niej, sprawiają, że spokojnie możemy puścić to w niepamięć. Czego nie wybaczę Vampyrowi, to system walki! Woła on o pomstę do nieba… Jest ubogi, nudny i drewniany. To tak jakby ktoś wziął wszystko z Dark Souls i stwierdził, że zrobi coś podobnego, tylko łatwiejszego w obsłudze. W ten właśnie sposób walka sprowadza się do odskakiwania, uderzenia i wykorzystywania zaledwie kilku mało ciekawych umiejętności bohatera. Aby nie być gołosłownym, przybliżę Wam kilka. Jeśli zdecydujecie się zagrać w Vampyra, to prawdopodobnie od razu rozwinięcie umiejętność “Pazury”. Dzięki niej możecie zadawać ciosy specjalne, zadające nieco więcej obrażeń niż uderzenie zwykłe. Niewidzialność – gdyby nie to, że co jakiś czas mamy obowiązkowe boss fighty, to prawdopodobnie ten skill mógłby mi się spodobać. Jednak jest on bezużyteczny podczas walki na „arenie”. 

No właśnie, „areny” w Vampyrze zdają się być strzałem w stopę. Czy naprawdę tego potrzebuje gracz, który chce zagłębić się w mroczny klimat XX wiecznego Londynu? Według mnie nie. Jednak bardziej razi niekonsekwencja twórców – z jednej strony mówią nam, iż możemy przejść całą przygodę bez zabijania, a z drugiej pakują nam chamskie starcia z bossami w misjach głównych.  

Dontnod chciało również zaimplementować w swej produkcji jak najwięcej rozwiązań typowych dla gatunku RPG. Mamy więc tu nieszczęsny system craftingu, o którym prawdopodobnie zapomnicie po kilku minutach i wrócicie do niego, kiedy będziecie zmuszeni stworzyć jakieś lekarstwo lub by ulepszyć broń. Oczywiście oferuje on nieco więcej możliwości, takich jak dodawanie perków do broni, tworzenie mikstur, ale jeśli gracie w Vampyra tylko i wyłącznie dla fabuły, to nie będzie Wam to superpotrzebne. Podobnie rzecz ma się z ulepszaniem umiejętności bohatera, o czym wspominałem już wcześniej. Wszystko to pic na wodę – elementy, które miały wzbogacić grę, a niestety tylko jej szkodzą. 

Jeśli jednak to Wam nie przeszkadza to prawdopodobnie tak jak ja chętnie odpalicie Vampyra na swoich pecetach. Mówię “pecetach”, gdyż z wersja na PS4 raczej radzę się wstrzymać. Dużo w niej błędów, a optymalizacja po prostu została tu pominięta. Klatki spadają regularnie poniżej 20, co takiego przedstawiciela PC Master Race jak ja, mocno irytuje. Wziąłem jednak poprawkę na to, iż update’y gier na konsolach wychodzą z lekkim opóźnieniem względem tych skierowanych na komputery osobiste. Taka aktualizacja przygotowana przez twórców musi bowiem zostać zweryfikowana przez Sony/Microsoft zanim trafi do użytkownika końcowego. Mam więc nadzieję, że za jakiś czas na PS Store pojawi się łatka naprawiająca większość błędów. 

Mówiłem dużo o błędach, a i tak starałem się zachować pozytywny ton wypowiedzi. Dlaczego? Ponieważ Vampyr tak naprawdę nie jest złą grą! Owszem, posiada swoje wady, ale nadrabia w 100% fabułą i kreacją świata gry. Dlatego warto dać Vampyrowi szansę i przymknąć oko na jego niedoskonałości. Dontnod musi po prostu nauczyć się tworzyć tego typu gry – wszystkie elementy charakterystyczne dla poprzednich produkcji studia zostały wykonane bezbłędnie, z kolei nowości ewidentnie jeszcze raczkują. Na zachętę, daję temu tytułowi siódemkę i jeśli zastanawiacie się nad jego kupnem to powiem jedno – jeśli nie hype’owaliście się na Vampyra od dwóch lat, to prawdopodobnie Was nie zawiedzie! 

Paweł Wysowski

Od niedawna twórca treści wideo w Polygamia.pl. W przerwie między graniem w tytuły AAA i czytaniem książek mistrza horrorów (Stephena Kinga), ogrywa mniejsze, niezależne tytuły. Fan wszelkiego rodzaju roguelike’ów oraz gier obarczonych ciężkimi wyborami moralnymi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *