Jak zrobić grę indie i się nie załamać – recenzja filmu „Wszystko z nami w porządku”

Jak zrobić grę indie i się nie załamać – recenzja filmu „Wszystko z nami w porządku”

Jak się robi gry w Polsce nie będąc Techlandem czy CD Projektem? Odpowiedź brzmi: przeważnie ciężko. Szczególnie gdy, tak jak bohaterowie Wszystko z nami w porządku, rezygnujemy ze wsparcia jakichkolwiek publisherów i decydujemy się działać całkowicie niezależnie.

Wczoraj (czyli 2 grudnia) odbył się specjalny pokaz filmu Wszystko z nami w porządku w katowickim kinie Kosmos. Filmem tym interesowałam się już od dłuższego czasu więc bardzo się ucieszyłam, gdy w końcu można było go obejrzeć względnie blisko mojego miejsca zamieszkania. Jest to dokument opowiadający o zmaganiach polskiego studia Lichthund z ukończeniem i wydaniem gry Lichtspeer oraz jej portem na PlayStation (gdzie z pomocą przyszli im Crunching Koalas). Warto przy okazji wspomnieć, że studio składało się z jedynie dwóch osób: Bartka Pieczonki i Rafała Zaremby; ponadto była to ich pierwsza gra. Mogliśmy więc być świadkami swego rodzaju skoku na głęboką wodę – bohaterowie rzucili swoje dotychczasowe prace w korporacjach aby stworzyć coś swojego i podzielić się ze światem pasją do gier.

Jak się można było spodziewać, posłużę się tutaj porównaniem do bardzo już chyba znanego w światku growym Indie game: The Movie, które opowiada nam tak bardzo amerykańskie “success story”. Możemy przyjrzeć się losom trzech niezależnych twórców, którzy odnieśli ogromny sukces w branży, ich gry sprzedały się w milionach egzemplarzy, a oni sami stali się w światku growym celebrytami. Oczywiście nie obyło się bez trudnych chwil czy załamań, ale, jak pokazuje dokument, najważniejsze to wierzyć w to co się robi i przeć do przodu, a wszystko się ułoży! Czyżby? Wszystko z nami w porządku zdaje się sugerować, że taki scenariusz w zasadzie jest raczej wyjątkiem niż czymś częściej spotykanym, a co dopiero regułą. Wprawdzie Lichtspeer nie było porażką, ale nie stało się też ogromnym hitem, ani też nawet hitem umiarkowanym, na co liczyli twórcy.

I jest to niestety obecnie zjawisko częste, szczególnie w naszym kraju. Wprawdzie film nie oferuje diagnozy tego stanu rzeczy, to jednak wyraźnie pokazuje, że w Polsce indyki życia nie mają łatwego. Produkcje niezależne niestety nie posiadają tutaj rzesz fanów – niestety jako gracze jesteśmy bardziej “mainstreamowi”. Ponadto, nie bardzo lubimy wydawać na gry pieniędzy – jak już kupujemy indyki, to zazwyczaj z przecen albo bundli. Ten stan rzeczy był ewidentny w podejściu Lichthund do odbiorców – zdecydowanie bardziej skupieni byli na mediach i Youtuberach zagranicznych.

Z reżyserem Borysem Nieśpielakiem oraz jednym z bohaterów filmu, Janem Adryańskim

Wracając jednak do samego filmu – jest to dokument na wysokim poziomie. Jak wspomina Borys Nieśpielak, reżyser, miało tutaj nie być “gadających głów”. Zamiast tego postawiono na nakreślenie sylwetek devów: ich charakteru, podejścia do branży i do samego robienia gier. NIe chodziło tutaj nawet o sam obraz game devu, ale o pokazanie człowieka, który coś potrafi i chce się tym podzielić. Pełno było momentów bardzo “ludzkich”: nerwów, przekleństw, suchych żartów, pełnego napięcia oczekiwania i zepsutych wind. Praca nad filmem trwała 1,5 roku – była to duża część czasu trwania zmagań studia z Lichtspeerem. I niestety, jak możemy przeczytać przed napisami końcowymi, gra sprzedała się w niecałych 10 000 egzemplarzach.

Nie można tu więc mówić o oszałamiającym sukcesie – gra ledwo na siebie zarobiła. Dlaczego więc pokazywać taką historię? Co w tym inspirującego? Według mnie to przede wszystkim bardzo wartościowe podważenie tzw. “błędu przeżywalności”, czyli błędu logicznego polegającego na skupianiu się na ludziach i rzeczach, które “przetrwały” pewien proces i wyszły z niego zwycięsko, jednocześnie ignorując te, którym się nie powiodło ze względu na ich “niewidoczność”. NIe widzimy tych devów, którzy nie odnieśli sukcesu, bo skupiamy się na Jonathanach Blowach i jemu podobnych osobach. Problem leży w tym, że te inspirujące postacie nie są jednak dobrym odzwierciedleniem stanu branży – nie potrafią nam przedstawić, co może pójść nie tak.

Jedną z ciekawszych kwestii, którą poruszają bohaterowie jest to, że obecnie łatwiej jest grę zrobić niż dotrzeć z nią do graczy. W dobie wyjątkowo rozwiniętych komercyjnych silników do gier, swoją produkcją może mieć niemal każdy. Tak jak wspomina w filmie Bartek Pieczonka, “dopiero gdy jesteś w strefie ‘gry, o których wiemy’ staje się ważne to czy gra jest dobra czy zła.” Możesz mieć świetny, bardzo oryginalny tytuł (taki, jak Lichtspeer), ale jeśli nie przebijesz się z nim na rynku, nie odniesiesz sukcesu. A przebić się jest ciężko, szczególnie pośród około dwóch tuzinów gier, które co dzień pojawiają się na Steamie. “To, że jakaś gra wyszła na Steam to nie jest news,” mówi Bartek.

Nie oznacza to jednak, że rynek jest przesycony i praktycznie nie warto już robić nowych produkcji. Gry to medium międzynarodowe i leży w nim ogromny potencjał. Jeden z większych problemów leży jednak w tym, że na studia niezależne na ogół składają się z profesjonaliści, którzy znają się świetnie na robieniu gier, jednak nie na ich sprzedawaniu. Panuje jednak przekonanie, że “przecież umiemy wysyłać maile, poradzimy sobie z marketingiem”. To jednak dość problematyczna kwestia. Szczególnie w momencie gdy, jak wspomina Rafał Zaremba, prasa growa czy nawet Youtuberzy tracą na znaczeniu.

Warto jeszcze wspomnieć o samym tytule filmu. Słowa “wszystko z nami w porządku” nie pojawiają się nigdzie w dokumencie. Sam reżyser, zapytany o tę kwestię przyznaje, że rzeczywiście tytuł nie został wzięty z produkcji, ale z wywiadu z Sosem Sosowskim, który swego czasu zmagał się ze sporym zniechęceniem do całej branży gier. Miał powiedzieć Borysowi podczas jednego z targów, że gry są ciężkim medium, twórcy wypruwają sobie flaki nad swoim dziełem, po czym przyjeżdżają tutaj i po prostu “wszystko z nimi w porządku”. Bez szału, bez specjalnej radości, którą przecież powinna nieść praca nad tym, co się kocha. Ponadto, Borys zauważa, że te słowa, pojawiające się na ekranie pod koniec dokumentu, dobrze podsumowują cały film – wszystko jest okej, bunkrów może nie ma, ale jakoś ciągniemy dalej.

Dlatego też film tak bardzo do mnie przemówił – miałam okazję pracować w kilku niezależnych studiach i nastroje pokazane w filmie są przeważające w tej branży. I wprawdzie czasem trochę gubiłam się w chaotycznych rozmowach devów to rzeczywiście dokument pozwala nam zobaczyć tę mniej gloryfikowaną, prawdziwszą twarz game devu: tę wpędzajacą w długi, wymagającą poświęceń i nieprzespanych nocy i często kosztującą twórców ich relacje z bliskimi. Dlatego każdej osobie planującej robić gry, czy też już robiącej, polecam Wszystko z nami w porządku – warto czasem zrobić sobie przerwę od “success stories” i zobaczyć z czym na co dzień zmaga się polski developer.

Kamila Zich

Studentka projektowania rozrywki interaktywnej na UŚ, game designer w Garmory i jedna z prowadzących Gejmingowej Piwnicy w Egidzie. Lubi moralne rozterki w grach i szybkie szpile w Overwatcha przed snem, które notorycznie kończą się nad ranem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *